Mr. Tambourine Man w Dolinie

Dylan w Dolinie Charlotty? Nie wierzę. Taka była pierwsza myśl. Miejsce nie kojarzyło mi się dobrze. To swoista Mekka wszystkich niereformowalnych miłośników rocka lat 70. Tych, którzy utwierdzają hardrockowych epigonów, że dalej są wielcy i z niebytu przenoszą się wprost w rozentuzjazmowany tłum, który traktuje ich jak bogów. Wehikułem czasu wędrują z brytyjskich prowincji na Polskie Wybrzeże. A fani po raz setny będą przeżywać uniesienia przy Lipcowych porankach, Rodzicach czy innych Persefonach.

Bob Dylan

Charlotta jawiła się dla mnie jak Mrągowo dla sentymentalnych hardrockowców. W ponad dwudziestoletniej historii polskiego festiwalu country nie zagrała ani jedna autentyczna amerykańska gwiazda muzyki tego gatunku. Było za to swojsko i przaśnie, a konferansjerka Agata Młynarska w kowbojskim kapeluszu usiłowała nas przekonać że jest cool.

A tu nagle Dylan. Pomyślałem: Jadę, choć to drugi koniec Polski. 20 lat temu- wskutek wypadków losowych- nie dane mi było zobaczyć i usłyszeć Dylana na Stadionie Cracovii. Ale po czasie- nie rozrywałem szat. Zwłaszcza, że koncert został przerwany przez ulewny deszcz.

Dylan A.D. 1994 był w zupełnie innym miejscu niż Dylan obecny. Był przede wszystkim przed wydaniem pięciu wielkich płyt. W 1997 r. wydał fantastyczny album Time Out Of Mind, co w jego przypadku było normą (świetna płyta na zakończenie dekady): vide Slow Train Coming (1979), Oh Mercy (1989).

Ale w nowym millenium nie było już mielizn. Wspomniany Time Out Of Mind i cztery następne płyty, wydawane mniej więcej w czteroletnich periodach, można śmiało umieścić w antologii amerykańskiej muzyki bluesowej.

Zniszczony głos starca, który Dylan naśladował na swoich pierwszych płytach, teraz stał się jego prawdziwym. A poza tym otoczył się grupą świetnie rozumiejących się muzyków. Basista Tony Garnier, gitarzyści Stuart Kimball i Charlie Sexton, nowoorleańczyk George Receli za perkusją, skrzypek i gitarzysta slide Don Herron. Czyli Dylan’s Never-Ending Band.

Dolina Charlotty w lipcowy wieczór przywitała nas bezwietrzną pogodą. Wyobrażenia o tym miejscu nie pokryły się z rzeczywistością. To spory amfiteatr, przede wszystkim z miejscami siedzącymi. Jednym słowem bardziej kojarzy się z festiwalem niż rockowym koncertem z płytą przed sceną.

Niepokój mój spotęgowały napisy Zakaz fotografowania, umieszczone w dwóch miejscach, jakby na telebimach. Do końca łudziłem się że na ich miejscu za chwilę pojawią się zbliżenia muzyków. Ale co tam, nie obraz lecz dźwięk się liczy. LET THE MUSIC PLAY!

Śledząc tegoroczną trasę Dylana (niezmiennie od 1988 r. pod nazwą Never Ending Tour), widzę, że gra ten sam program na każdym koncercie z drobnymi kosmetycznymi zmianami . Wyjątek zrobił jedynie w Atenach. Czy nas też potraktuje wyjątkowo?

Już od pierwszych dźwięków słyszę, że tak. Zamiast Things Have Changed, od którego zaczynał każdy występ, dostajemy Rainy Day Women #12 & 35, potem przechodzi w Don't Think Twice, It's All Right, Just Like Tom Thumb's Blues i To Ramona.

Czyli poleciał klasykami. A wszystko przearanżowane pod brzmienie bliższe bluesa i jazzu. Zespół ubrany w jasne garnitury, jak grupy z amerykańskich potańcówek z lat 50. Dylan na czarno w kapeluszu, całkowicie zlewający się z tłem sceny. Po pierwszej, drugiej zwrotce siada za klawiszami. Gra miejscami atonalnie, ale taki jest pewnie zamiar, sekcja trzyma dyscyplinę i wszystko się zgadza. Wokalnie brzmi z każdym numerem coraz pewniej. Girl From The North Country, który tak pięknie zagrał w filmie Silver Linings Playbook, tutaj, w Dolinie Charlotty wybrzmiał wyjątkowo. Każdy niuans docierał do słuchacza, a kontrabas ze smyczkiem Tony’ego Garniera budował nastrój. To miejsce stworzone do tego rodzaju muzyki. Ale rhythm ’n’ bluesowy drive dominował w tę letnią noc. Choć z nowego materiału zagrał zaledwie 6 kawałków, klasyki podane były w sosie, w którym zespół czuje się najpewniej. Dialogi gitarzystów jak z rasowego jam session, a całość trzymała znakomita sekcja.

Dla niektórych mogło być to zaskoczeniem, ale Dylan od lat nie bierze na scenie do ręki gitary. Przez cały koncert nie powiedział też ani jednego słowa między utworami. Nawiązywanie kontaktu z publicznością to nie jego bajka. Prawdą, a nie mitem wydają się być jego słowa, że jest przerażony przed każdym wyjściem na scenę.

Skoro tak zmienił playlistę, liczyłem na to, że zagra Like A Rolling Stone. Niestety, nie doczekałem się najsłynniejszego wejścia werbla w historii muzyki rockowej. Ale na pocieszenie dostałem dwa inne klasyki z legendarnej płyty: Desolation Row i Ballad Of A Thin Man. I to już koniec.

Półtorej godziny obcowania z utworami, które zmieniły oblicze muzyki popularnej. Na deser- podobnie jak na całej trasie- otrzymaliśmy All Along The Watchtower i Blowin' In The Wind.

A potem muzycy ukłonili się, światła zgasły i przy dźwiękach Pictures At An Exhibition trzeba było się rozejść. I tak wracając z koncertu, który był zwieńczeniem mojego tygodniowego pobytu nad morzem, jeszcze w uszach dźwięczały mi słowa: Summer days, summer nights are gone/ I know a place where there’s still something going on.

Wojtek Sokołowski dla novastreet

comments powered by Disqus